Kaczki latały ...

Kosmiczne szczytowanie się skończyło. Multiplikalne orgazmy tabunów zdyszanych dziennikarek, słabo kontrolowane, nerwowe i przedwczesne ejakulacje newsów dziennikarzy przed kamerami, szamotanina i małe dramaty. Perseweracja. Niektórzy komentatorzy jeszcze nie doszli do siebie i ciągle, w kółko powtarzają te same frazy. Są nawet tacy, którzy reagują szlochem. Nic dziwnego, odbyła się przecież największa naziemna bitwa lotnicza w historii Polski. Horror transmitowany live przez największe stacje radiowe i telewizyjne. Na bieżąco śledziliśmy każdy krok głównych dowodzących: Prezydenta i premiera. (Prezydenta piszę z dużej litery, żeby się przypadkiem nie obraził, bo jak wiemy gdy mu ktoś podpadnie to pan prezydent może ...)

Śledzenie premiera było nudne, bo łaził w tej Brukseli w miejscach niedostępnych dla prasy, robił mało konferencji, był oschły i nieprzyjemny. Jakby nie rozumiał, że to co powie przed kamerami jest ważniejsze niż to co załatwi na szczycie. Inaczej prezydent. To było dopiero szoł. Jakież napięcie, ile emocji. Nie było przecież wiadomo czy pan prezydent w ogóle pojedzie, czym pojedzie, czy wynajmą mu coś, kto wynajmie, za ile i czy samolot rządowy wróci. Bo podobno miał wrócić czym ekscytowała się cała dziennikarska Polska. Oczywiście tylko według dziennikarzy miał wrócić, bo ministrowi Arabskiemu to nawet przez myśl(?!) nie przeszło.

Kaczki latały w powietrzu jak orły.
Dziennikarskie kaczki oczywiście, choć nie tylko. Pan prezydent bowiem specjalnie wynajął na tyle duży samolot, by zmieściły się do niego dziennikarskie sieroty po Tusku. Prasa nie została odpowiednio wcześnie zawiadomiona przez kancelarię premiera i część nie zdążyła na samolot rządowy. Część zdążyła, ale była mocno zdyszna, na co żaliła się w wywiadach. A u pana prezydenta przeciwnie. Spokój, uśmiechy, luz. Pan prezydent zdążył nawet na imieniny do mamusi by wręczyć jej prezent zakupiony dzień wcześniej na trasie swoje kampanii-niewyborczej. O czym z pewną źle udawaną nieśmiałością, jeden przez drugiego informowała prezydencka kancelaria.

Potem pan prezydent wsiadł do samolotu i poleciał. Przez dwie godziny mieliśmy niezbyt atrakcyjną medialnie transmisję z oczekiwania na pana prezydenta dziennikarzy w Brukseli (tych zziajanych, co się załapali na samolot rządowy). Potem było kiepsko, bo pan prezydent zamiast zrobić elegancką konferencję na płycie lotniska, gdzieś się z ministrami ukrył. Na szczęście były już materiały z konferencji w samolocie na których widzieliśmy uśmiechniętą głowę państwa odpowiadającą głównie na pytania czy Tusk jest świnią. Na co pan prezydent odpowiadał, że mimo tego że oczywistą oczywistością jest to, że Tusk oczywistą świnią jest, on oczywiście poda mu rękę. Bo Kiszczakowi przecież kiedyś, w pewnych okolicznościach podał. Potem było różnie, ale mało dramatycznie. Panowie nie dali sobie w gęby tylko prezydent klepał premiera. Okazało się, że Tusk załatwiał na tym szczycie coś, co w ogóle nie byłoby medialne i wcale by dziennikarzy nie zainteresowało gdyby nie fakt, że premier musiał odkręcać to co spieprzył prezydent. Ten fakt był już bardziej medialny i wyglądało na to że nic-nie-robiący Tusk jednak coś tam na tym szczycie robi i może nawet coś osiągnie. Ale w sumie i tak konkluzja była taki, że premier pojechał na szczyt głównie po to żeby kłócić się z konkurentem w wyborach prezydenckich. Potem Sikorski...
(I na tym skończę, bo odechciało mi się pisać. W końcu nie jestem dziennikarzem i nie mam obowiązku pisać głupot. Prawda?)
.

Wyścig, fot.BERG

Komentarze

Popularne posty