środa, 29 października 2008

Ach ten okropny Palikot!

Palikot znów narozrabiał i znów przeprosił. Nie wiadomo co gorsze. Pochanke z TVN oburzona. Pyta w programie TVN po TVN grzeczniutkiego posła Cimoszewicza, któremu na myśl by nie przyszło publicznie jebać PZPN, co on na to. Cimoszewicz jest równie oburzony. Jako poseł nawet bardziej, bo Palikot mu psuje reputację grzeczniocha. Włodzimierz delikatnie sugeruje, że media promują ekscesy niegodne posła. Może nie rozumie ( bo nie ma inteligencji Palikota?) że media karmią się ekscesem. Że posła grzeczniocha można zaprosić raz na rok, a rozrabiaką ekscytować się 24 godziny na dobę we wszystkich programach.
Wkurza mnie ta hipokryzja mediów. To święte oburzenie poprawnej Pochanke, te ciągłe pytania do Chlebowskiego kiedy wywalą Palikota z klubu. I o czym byście jeden z drugim pytające cymbały pisały gdyby nie było Palikotów? O ekonomii na której się nie znacie? O CO2? Ile da się napisać o CO2?
Po ostatniej radzie gabinetowej, na którą prezydent zaprosił jedynego posła PiS, który podobno się zna na ekonomii, media głównie pytały o kłótnię na początku. Bo kogo obchodzi kryzys? Jakby się pobili to by dopiero była afera godna uwagi panów i pań dziennikarzy. I nie daj boże żeby się pogodzili. Ile można transmitować płaczące staruszki w zamykanych szpitalach? Pacjenci źle wypadają przed kamerami. Ani ich upudrować, ani dobrze oświetlić.
A propos nowego doradcy pana prezydenta, warto posłuchać lotności umysłu pana prezesa.

Trzech posłów ze zwycięskiej moralnie partii PiS doniosło na Palikota do prokuratury, że obraził prezydenta RP. Twierdzą, że urzędnikowi należny jest szacunek z urzędu i nie wolno go podejrzewać o zidiocenie.
No nie wiem.
Na szacunek trzeba sobie zapracować. Urzędnik państwowy, który na ważnej, oficjalnej uroczystości wyśmiewa publicznie innego urzędnika państwowego, na mój szacunek jakoś nie zasługuje. I nie wygląda mi, że radzi sobie z emocjami:
.

.
Chcę powiedzieć, że też mam poważne obawy o stan psychiczny niektórych polityków. Ale akurat poseł Palikot jest poza moją troską. To jeden z niewielu ludzi z Wiejskiej bez nadęcia i kompleksów. Do tego ma własny samolot z barkiem.
.

poniedziałek, 20 października 2008

Kobieta zaniepokojona...

.

"Kobieta zaniepokojona prywatyzacją zakładów opieki zdrowotnej przez rząd liberałów", fot. Berg

Kaczki latały ...

Kosmiczne szczytowanie się skończyło. Multiplikalne orgazmy tabunów zdyszanych dziennikarek, słabo kontrolowane, nerwowe i przedwczesne ejakulacje newsów dziennikarzy przed kamerami, szamotanina i małe dramaty. Perseweracja. Niektórzy komentatorzy jeszcze nie doszli do siebie i ciągle, w kółko powtarzają te same frazy. Są nawet tacy, którzy reagują szlochem. Nic dziwnego, odbyła się przecież największa naziemna bitwa lotnicza w historii Polski. Horror transmitowany live przez największe stacje radiowe i telewizyjne. Na bieżąco śledziliśmy każdy krok głównych dowodzących: Prezydenta i premiera. (Prezydenta piszę z dużej litery, żeby się przypadkiem nie obraził, bo jak wiemy gdy mu ktoś podpadnie to pan prezydent może ...)

Śledzenie premiera było nudne, bo łaził w tej Brukseli w miejscach niedostępnych dla prasy, robił mało konferencji, był oschły i nieprzyjemny. Jakby nie rozumiał, że to co powie przed kamerami jest ważniejsze niż to co załatwi na szczycie. Inaczej prezydent. To było dopiero szoł. Jakież napięcie, ile emocji. Nie było przecież wiadomo czy pan prezydent w ogóle pojedzie, czym pojedzie, czy wynajmą mu coś, kto wynajmie, za ile i czy samolot rządowy wróci. Bo podobno miał wrócić czym ekscytowała się cała dziennikarska Polska. Oczywiście tylko według dziennikarzy miał wrócić, bo ministrowi Arabskiemu to nawet przez myśl(?!) nie przeszło.

Kaczki latały w powietrzu jak orły.
Dziennikarskie kaczki oczywiście, choć nie tylko. Pan prezydent bowiem specjalnie wynajął na tyle duży samolot, by zmieściły się do niego dziennikarskie sieroty po Tusku. Prasa nie została odpowiednio wcześnie zawiadomiona przez kancelarię premiera i część nie zdążyła na samolot rządowy. Część zdążyła, ale była mocno zdyszna, na co żaliła się w wywiadach. A u pana prezydenta przeciwnie. Spokój, uśmiechy, luz. Pan prezydent zdążył nawet na imieniny do mamusi by wręczyć jej prezent zakupiony dzień wcześniej na trasie swoje kampanii-niewyborczej. O czym z pewną źle udawaną nieśmiałością, jeden przez drugiego informowała prezydencka kancelaria.

Potem pan prezydent wsiadł do samolotu i poleciał. Przez dwie godziny mieliśmy niezbyt atrakcyjną medialnie transmisję z oczekiwania na pana prezydenta dziennikarzy w Brukseli (tych zziajanych, co się załapali na samolot rządowy). Potem było kiepsko, bo pan prezydent zamiast zrobić elegancką konferencję na płycie lotniska, gdzieś się z ministrami ukrył. Na szczęście były już materiały z konferencji w samolocie na których widzieliśmy uśmiechniętą głowę państwa odpowiadającą głównie na pytania czy Tusk jest świnią. Na co pan prezydent odpowiadał, że mimo tego że oczywistą oczywistością jest to, że Tusk oczywistą świnią jest, on oczywiście poda mu rękę. Bo Kiszczakowi przecież kiedyś, w pewnych okolicznościach podał. Potem było różnie, ale mało dramatycznie. Panowie nie dali sobie w gęby tylko prezydent klepał premiera. Okazało się, że Tusk załatwiał na tym szczycie coś, co w ogóle nie byłoby medialne i wcale by dziennikarzy nie zainteresowało gdyby nie fakt, że premier musiał odkręcać to co spieprzył prezydent. Ten fakt był już bardziej medialny i wyglądało na to że nic-nie-robiący Tusk jednak coś tam na tym szczycie robi i może nawet coś osiągnie. Ale w sumie i tak konkluzja była taki, że premier pojechał na szczyt głównie po to żeby kłócić się z konkurentem w wyborach prezydenckich. Potem Sikorski...
(I na tym skończę, bo odechciało mi się pisać. W końcu nie jestem dziennikarzem i nie mam obowiązku pisać głupot. Prawda?)
.

Wyścig, fot.BERG

sobota, 18 października 2008

Monika Olejnik płakała...

Pisze o tym prasa.
Postanowiłem przytoczyć drugą część wywiadu, bo nie sądzę, żeby wszyscy go widzieli. Czasem wydaje mi się, że ten prezydent nie taki zły, że trochę nieporadny, dziwaczny, ale nieszkodliwy. Takie wywiady jak ten powodują, że mój scyzoryk w kieszonce niepokojąco drży. Cokolwiek by to oznaczało. Oto druga część wywiadu:







środa, 15 października 2008

Marcinkiewicz Karnowski

Na mojej ulubionej stronie SpieprzajDziadu.com Simon przytoczył fragment uroczego wywiadu Karnowskiego z Marcinkiewiczem. Proszę zwrócić uwagę na konsternację Karnowskiego w momencie kiedy były premier obarcza winą za aferę prezydenta.







wtorek, 14 października 2008

Pijar

Słucham TVN24 i co rusz szlag mnie trafia. Łysy jak kolano politolog Wojciech Jabłoński, razem z komentatorem z TV, zastanawiają się czy premier Tusk po powrocie z Brukseli nie skarci ministra Arabskiego. Który to śmiał nie użyczyć prezydentowi RP samolotu premiera. Że to byłby świetny chwyt marketingowy taki, jak się wyraził Jabłoński "akt łaski" wobec prezydenta i medialnie O.K. gdyby Tusk Arabskiego publicznie objechał. Choć to i tak nic mu nie pomoże, bo przez awanturę wizerunek obu (prezydenta i premiera) oraz Polski legł w gruzach (nie mylić z Gruzją, ukochanym krajem pana prezydenta) przez co już nikt, ani Rosja ani zachód nie będą się z nimi, z nami ani z nią (Polską) liczył. Plan marketingowy który obaj wspaniali obserwatorzy życia politycznego wytropili jest o tyle zaskakujący, że przed chwilą słyszeli przecież jak na krótkiej konferencji w Brukseli Tusk stwierdził kategorycznie, że NIE WYSYŁA prezydentowi samolotu, bo NIE CHCE pana prezydenta w składzie delegacji. Skład delegacji konstytucyjnie powołuje on i obawia się osłabienia siły negocjacyjnej gdyby prezydent, który zgodził się na plan klimatyzacyjny i który nie chce podpisać traktatu, przyjechał do Brukseli. Ponieważ tu nie chodzi o prestiż, a o dobro kraju, zrobił (nie wysyłając samolotu) tyle ile mógł. Tyle Tusk. Ale kto by to co mówi polityk, nawet premier sporego kraju, traktował poważnie? Politolog i komentator wiedzą lepiej. Tusk chce władzy, zaczął kampanię więc gada jedno, a myśli i zrobi co innego.
W południe w poważnym programie o gospodarce poważny polityk mówi do drugiego (mniej poważnego, albo bardziej, zależy z której opcji jesteśmy): "nawet jeśli to co pan mówi byłoby prawdą, to i tak ..." koniec cytatu. On nawet nie zakłada, że ten co mówi może nie kłamać. On stosuje tryb warunkowy, bo wie, że prawda pojawić się może w ustach polityka wyłącznie HIPOTETYCZNIE.
Ciekawe czasy. Prawda?


fot.BERG

poniedziałek, 13 października 2008

Prośba o niewrzucanie do wspólnych worów

Niezwykle elokwentna pani politolog z silną trwałą ondulacją, autorytatywnie stwierdziła wczoraj w studiu TVN24, że pan prezydent i pan premier zachowują się jak chłopcy w piaskownicy. Do tej piaskownicy odwołują się już wszyscy, od SLD do Kłopotka. To dziwne, bo ja pamiętam, że w mojej piaskownicy spory rozstrzygało się szybko i sprawnie. Piachem w oczy albo wiaderkiem w łeb. Może dlatego, że sprzęt był wtedy blaszany.

Na mojej ulubionej stronie "SpieprzajDziadu.com" też piszą, że spór jest żenujący, że nikt nie chce odpuścić, że przykro na to patrzeć. Że Miler i Buzek z Kwaśniewskim w porównaniu z tymi dwoma to była klasa. Generalnie wrzuca się obu polityków i ich kancelarie do jednego wora z napisem gówniarze. Ale czego wrzucając tam ich oczekujemy? Że się zawstydzą? Żart. A może chcemy żeby Tusk odpuścił? Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie ma najmniejszej wątpliwości, że prezydent nie odpuści. Bo on musi ciągle udowadniać, że jest najlepszy. Przecież z powodu całych pokładów kompleksów nie pozwoli sobie na żaden gest wskazujący na to, że posiada mniejszą wiedzę w jakimkolwiek temacie. Przecież temu człowiekowi zdarzało się poprawiać tłumaczy i jeszcze się tym publicznie chwalić. Czy ktokolwiek sobie wyobraża prezydenta, który jak Sikorski, błaga na kolanach (siedząc co prawda) kogokolwiek żeby czegoś nie robił? Dlatego proszę uprzejmie wszystkich, którzy to czytają, o mniejszą symetrię przy ocenie obu polityków. Tusk poprzednio ustąpił, Drzewiecki dla dobra kibiców i piłkarzy i ku naszemu żalowi, ustąpił PZPN. Czy chcemy żeby Tusk znów ustąpił? Żeby ustępował już zawsze? Dla dobra czego? Świętego spokoju?

sobota, 11 października 2008

Pasztet z kaczki

Tytuł jest tendencyjny, wiem. Wszystkim się od razu kojarzy i wygląda na to, że nie przepadam za pewną opcją polityczną. To prawda. Nie przepadam. Nie głosowałem na nich i cieszę się, że opcja jest w opozycji. Ale co gorsza prezydent też przeszedł do opozycji.
Na dodatek pan prezydent był i jest zdeklarowanym socjalistą. Niektórzy obserwatorzy życia politycznego złośliwie twierdzą, że pan prezydent najlepiej czułby się, gdyby wrócił do Polski socjalizm. Tylko bez Jaruzelskiego. Wtedy można byłoby dalej walczyć z sowietami, a USA słałoby nam dary i byłoby ekscytującą. (Jak na wiecu w Gruzji?). Unia Europejska (którą pan prezydent łaskawie toleruje, bo niestety musi) by się do naszych świętych, narodowych spraw nie wtrącała.

Słuchając ostatnich wypowiedzi pana prezydenta faktycznie wygląda na to, że chce nas ostro zawrócić. Państwowa służba zdrowia, emerytury jak za komuny, media kontrolowane przez partię rządzącą (pod warunkiem, że rządzi partia pana prezydenta, albo choć jego brata), żadnego Euro (chyba, że w kantorach), szkolnictwo darmowe, bez radykalnych reform, centralizm państwowy itp. Itd. I mamy pasztet, bo premier dzisiejszego rządu założył onegdaj Kongres Liberalny. I choć her Korwin Mikke uważa, że dupa z Tuska nie liberał, to przyjąć należy, że z prezydentem ani z jego bratem rządowi całkiem nie po drodze. Jeśli dodamy do tego, że bardziej po drodze prezydentowi z pro-socjalną lewicą pod rządami Napieralskiego, to pasztet urasta do kwadratu. Wcześniej lewica była trochę liberalna, teraz jest głównie antyklerykalna. To jak widać prawicowcom z PiS ani prezydentowi nie przeszkadza. Piłsudski, na którego chętnie pozują obaj Kaczyńscy, też religię tratował dość swobodnie. Nie mówiąc już o PPS-ie. No i veto prezydenckie mamy silne. Tusk, który się boi, żeby źle nie wypaść w mediach, nie chce ryzykować układów z Napieralskim. To mnie trochę dziwi, bo wedle sondaży sympatycy PO życzliwszym okiem patrzyliby na konszachty z lewicą niż z PiS. Nie mówiąc już o sympatykach SLD.
Tak więc mamy pasztet w który ładnie wpisuje się kryzys finansowy oraz nowa kampania prezydencka pana prezydenta, której podobno nie ma.
Jakby tego było mało szefem kancelarii został minister Kownacki. Człowiek ambitny, pełen werwy oraz pomysłów na nowy image pana prezydenta. On to, jak się dosadnie wyraził poseł Palikot, zreanimował trochę głowię państwa i póki obiekt wytrzyma, medialnie chce go wykorzystać. Pamiętamy pana prezydenta za czasów rządów PiS? Nie wspominając trudnego okresu porażki wyborczej brata? Cichy, spokojny człowiek, nigdzie się nie pchał. Kogoś tam w pałacu odznaczył, kogoś w bocznej sali zdymisjonował, gdzieś nie pojechał, bo trochę chorował. A teraz? Wygląda na to, że linki napięte jak postronki. Czy pan prezydent to wytrzyma? I czy przetrzyma to wszystko nasz biedny kraj?
.

fot. BERG
/* kod sledzenia google */